Las, jeziora, żagle i my-niestrudzona, wiecznie nawalona ekipa, w której tradycji zapisały się coroczne żeglowanie po wielkich jeziorach mazurskich. Ta historia wspomina jedną z pierwszych naszych wypraw w której uczestniczyła moja ówczesna dziewczyna "młoda" oraz ludzie którzy trochę zaginęli w moim obecnym życiu.
Pewnego dnia pływając w okolicach Giżycka dopadła nas totalna flauta (zero wiatru, wszystko stoi). Dzień był przepiękny, słoneczny, pachnący, a my mieliśmy niezłego kaca po nocy, tak więc rozłożyliśmy się na pokładzie popijając zimne piwko i zaczęliśmy korzystać z uroków życia. Sielanka nie potrwała jednak zbyt długo, ponieważ zakłóciła mi ją wspomniana "młoda", która wyskoczyła z informacją, że chce jej się srać. Fakt ten nie zdziwił mnie zbytnio, ponieważ godzinę wcześniej wpierdoliła taki obiad, jakiego ja nie ogarnął bym przez kilka dni i tylko kwestią czasu było, jak ta zawartość zapragnie z powrotem ujrzeć światło dzienne. Z początku było to nawet zabawne, gdy popierdalała drobnym kroczkiem po pokładzie jęcząc coś pod nosem. Sytuacja zmieniła się w momencie kiedy zaczęły lecieć ostre bluzgi w moim kierunku, bo staliśmy w miejscu z daleka od linii brzegowej a nasz jacht nie był wyposażony w silnik. W pewnym momencie padło hasło "bierz wiadro ze schowka i zamknij się pod pokładem". Opór trwał kilka minut i okazał się zupełnie niepotrzebny, bo wbiła tam jak by w lotka wygrała i zaczęła prężnie działać. Oczywiście naszego śmiechu nie mogła uniknąć, ale po załatwieniu całej sprawy wyszła o parę kilo lżejsza i w dużo lepszym humorze. Zawartość wiadra została usunięta a samo wiadro miało być porządnie wyszorowane na brzegu. Niestety po dopłynięciu do celu mieliśmy dużo fajniejsze rzeczy do roboty i generalnie mieliśmy wyjebane na to wiadro. Wieczorem jak zwykle było ognisko, wóda śpiewy i kiełba. Do rana przy ogniu pozostali tylko dwaj kumple z drugiej łodzi, którzy nie wiedzieli o całym zdarzeniu "młodej", ponieważ obiecaliśmy jej trzymać to w tajemnicy, co jak się później okazało długo nie potrwało.
Nad ranem, kiedy słoneczko zaczęło przygrzewać i pod laminatem pokładu można było jajka smażyć, cała mocno jeszcze "wczorajsza" ekipa postanowiła resztę bej-ranka spędzić nad brzegiem jeziora. Ku naszemu zdziwieniu, po opuszczeniu podpokładowych oparów zauważyliśmy że niektórzy z nas nie zakończyli jeszcze imprezy i w najlepsze chleją przy dogasającym ognisku. Lekkie zdziwienie wywołało u nas również wiadro "młodej", które nie wiadomo w jakich okolicznościach znalazło się przy imprezujących panach. Na początku stwierdziliśmy że byli na tyle kulturalni że nie chcąc zarzygać plaży wzięli ów wiadro, ale szybko obaliliśmy tę teorię, ponieważ ani Jędas, ani Jaco do zbyt kulturalnych nie należeli. Po krótkiej rozmowie z delikwentami okazało się, że nad ranem naszym amigos włączyła się ułańska fantazja i zapragnęli napić się wódy z wiadra jak prawdziwi barbarzyńcy. Zapewne poskładaliście już fakty-wiadro "młodej"+wóda+Jaco i Jędas. W pierwszym momencie po usłyszeniu radosnej nowiny na temat wcześniejszej zawartości wiadra koledzy uśmiechnęli się do siebie i rzucili tekstem w stylu "ale czad". Kolejne reakcje były bardziej świadome i zakończone puszczaniem pawi oraz dość zmyślnych bluzgów, których generalnie można było się spodziewać. Przez najbliższe kilka dni panowie zachowywali się dość powściągliwie wobec siebie a wśród reszty załogi temat wiadra powracał w najbardziej wysublimowanych formach żartów.
Ryjemy ze smiechu i czekamy na wiecej!!!
OdpowiedzUsuńhehe, dobre. ulanska fantazja! :D
OdpowiedzUsuń