Jako że w naszym towarzystwie byłem najmłodszy, a dokładniej o rok młodszy, dostąpiłem zaszczytu uczestniczenia w imprezach z okazji 18 urodzin dużo wcześniej, a dokładnie rok wcześniej niż moi rówieśnicy. Wiadomym jest, że człowiek w dniu wejścia w pełnoletność jest tak dorosły i doświadczony iż wie jak roztropnie spożywać legalnie zakupiony w sklepie alkohol i tylko czysty przypadek może spowodować iż ze spożyciem tegoż alkoholu może przesadzić. Nie wiem tylko dlaczego mnie regularnie na każdej zaliczonej osiemnastce taki przypadek się zdarzał. Najbardziej jednak w pamięci utkwiła mi osiemnastka kolegi, w podwarszawskich Łomiankach.
Cała impreza miała być zrobiona na bogato, z wielką pompą-ot takie troszkę moje sweet eighteen. Był lokal, były stoliki, wynajęty DJ oraz katering i alkohol, który z niewiadomych względów skończył się bardzo szybko, tak więc padło hasło i ekipa ruszyła. Tak samo jak szybko ruszyła, tak szybko wróciła, bo w ferworze zabawy zapomnieliśmy że jest prohibicja z okazji przyjazdu Papierza JP II do Polski. Na całe szczęście młodzież w tamtych czasach była bardzo zaradna i ogarnięta i szybko ruszyła do pobliskiej meliny gdzie zakupili w ilościach skrzynkowych miejscowy bimber. Specyfik ten rozlewany był w butelki po wódce różnych marek, tak więc goście przekonani byli że piją to co jest na etykiecie. Nic bardziej mylnego, o czym sam się niestety przekonałem. Pewny swej nieśmiertelności lałem w siebie ten siuwaks do momentu aż nie pierdolnąłem czołem w stół, co wcale nie przeszkadzało moim współtowarzyszom w kontynuowaniu całej zabawy. Na domiar złego mój organizm nie za dobrze przyswoił miejscowy specyfik i postanowiłem sobie ulżyć w cierpieniu puszczając soczystego pawia. Ale żeby nie było, że pod stół, nie kumplowi na kolana, ale centralnie na tacę z pieczołowicie przygotowanymi przez koleżanki kanapkami, po czym z powrotem padłem ryjem na blat i zasnąłem. Nad głową usłyszałem jeszcze tylko jakieś piski, wyzwiska w moim kierunku i... tyle pamiętam. Najgorsze z tego wszystkiego okazało się jednak przebudzenie, które nastąpiło po jakiś kilku godzinach. Impreza nadal trwała, kumple cały czas, choć mniej zrozumiale dywagowali a kanapki zniknęły ze wcześniej wspomnianej tacy. Pozostało tylko kilka sztuk z jakimś przyschniętym "dipem". Kiedy na moje pytanie "gdzie są kanapki" usłyszałem "ooo... obudził się kurwa-zeżarte baranie... he he he", nie byłem w stanie się powstrzymać i rzygnąłem ponownie, tym razem kulturalnie pod stół.
Impreza skończyła się nad ranem z ogromnym niesmakiem i kacem gigantem. Niestety do tej pory nikt nie przyznał się do spożycia ów felernych kanapek, co mnie zresztą nie dziwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz